Podsumowanie 2017 roku z widokiem na przyszłość. Przegląd subiektywny

Arkadiusz Nyzio

Komentarz ZBN nr 1 (24)/2018

8 stycznia 2018 r.

 

©2018 Uniwersytet Jagielloński & Arkadiusz Nyzio

 

Koniec roku to czas medialnych podsumowań. W polskich rankingach i zestawieniach przewijają się te same wątki: zmiana premiera nad Wisłą, pozostanie Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej i wizyta prezydenta USA Donalda Trumpa. Z perspektywy Europy i świata są to jednak wydarzenia w najlepszym wypadku drugorzędnego znaczenia. Oto subiektywna lista dziesięciu wydarzeń, czy też raczej ich splotów, które w 2017 r. w największym stopniu wpłynęły na stosunki i bezpieczeństwo międzynarodowe. Kryteria doboru subiektywne, kolejność – alfabetyczna.

 

 

1. Koniec relokacji i nowe inicjatywy Unii Europejskiej

 

Relokacja i polityka migracyjna Unii Europejskiej

Do tej pory (dane z 19 grudnia) relokowano blisko 33 tys. cudzoziemców spośród planowanych 160 tys., a więc mniej niż 20%. Ten wynik to polityczna klęska Brukseli, zwłaszcza zważywszy na fakt, że sam mechanizm był kroplą w morzu potrzeb. To jednak nie koniec – program zakończył się 26 września, ale będzie realizowany nadal w odniesieniu do osób, które przybyły do Europy przed tą datą i które zostaną uznane za uchodźców. Jednakże nawet jeśli niecałe 20% za pół roku zmieni się w szacowane przez Komisję 23%, w niczym nie wpłynie to na całościową ocenę programu. Nie zmienią jej również zapewnienia Brukseli o sukcesie i mniejszej, niż początkowo zakładano liczbie osób kwalifikujących się do relokacji.

 

Jednocześnie trwa o wiele mniej medialny program przesiedleń. W odróżnieniu od relokacji, można mówić o jego ograniczonym sukcesie. Spośród 22,5 tys. osób, do przesiedlenia których zobowiązały się państwa EU w lipcu 2015 r., przemieszczono 18,3 tys., a więc ponad 80% zakładanej liczby. Dodatkowo przesiedlono ponad 7 tys. osób zgodnie z porozumieniem Unia-Turcja z marca 2016 r. (dane z 15 listopada). We wrześniu 2017 r. Komisja uruchomiła nowy program. Zgodnie z nim do października 2019 r. państwa członkowskie mają przyjąć co najmniej 50 tys. „osób szczególnie narażonych” i „potrzebujących ochrony międzynarodowej”. Do tej pory (dane z 7 grudnia) państwa podzieliły się zobowiązaniami do przyjęcia 39,7 tys. osób, czyli blisko 80% całej kwoty.

 

Warto jednak postawić pytanie, zarówno zwrócone w przeszłość, do 2015 r., jak i skierowane ku przyszłości: jeśli nie relokacje, to co? „Wzmocnienie granic zewnętrznych” i „pomoc na miejscu” nie są, wbrew opiniom wielu komentatorów, odpowiedziami na to pytanie. Relokacje jako program ad hoc miały lub mają rozwiązać problem tych osób, które już znalazły się na terenie UE, a nie tych, które zamierzały czy zamierzają zrobić to w przyszłości. Trzeba ograniczyć ich liczbę, ale co poza tym?

 

Zasadniczy problem dotyczący relokacji polega na tym, że nikt dotąd nie wymyślił alternatywy dla tego rozwiązania („elastyczna solidarność” nią nie jest). I zapewne nikt nie wymyśli, bo niezależnie od sposobu podziału osób i metody podjęcia decyzji w tej sprawie i tak czeka nas „relokacja 2.0”, tym razem będąca stałym mechanizmem uruchamianym w sytuacji zwiększonej presji migracyjnej. Będzie ona uzupełniania (a nie zastępowana) przez intensywne działania dotyczące bezpieczeństwa granic i pomocy państwom będącym źródłami migracji. Nie zmieni się również to, że „nowa relokacja” będzie musiała mieć charakter obowiązkowy. Wprowadzenie fakultatywności rozwiązania przesądziłoby bowiem o jego bezużyteczności.

 

W nadchodzącym roku UE zamierza przeprowadzić całościową reformę wspólnego europejskiego systemu azylowego. Zgodnie z założeniami Komisji, o jej kształcie zadecyduje Rada Europejska w czerwcu 2018 r.

 

Skala kryzysu migracyjnego w 2017 r. wyraźnie zmniejszyła, się w porównaniu z rokiem 2016, co może sprzyjać kompromisowi. Tym niemniej układ sił politycznych w Europie w latach 2015–2017 uległ poważnym zmianom. Nie tylko w niektórych państwach doszło do zmiany władzy, a nowe rządy są kategorycznie przeciwne przyjmowaniu uchodźców (Austria, Polska i Czechy), ale włodarze państw, w których przeciwnicy aktualnej polityki imigracyjnej UE nie doszli do władzy, muszą liczyć się z ich poparciem społecznym (Niemcy, Francja, Holandia). Sytuację komplikują zbliżające się marcowe wybory parlamentarne we Włoszech, które mogą zakończyć się powrotem do władzy Silvia Berlusconiego.

 

Jak w dyskusji nad reformą odnajdą się państwa dotąd kontestujące prowadzone latach 2015-2017 działania ad hoc – trudno powiedzieć. Z jednej strony, państwom wiodącym w Unii będzie zależało na maksymalnym „uspołecznieniu” reformy, z drugiej – pojawi się pokusa, aby na użytek wewnętrzny każdą propozycję sprowadzić do hasła „Unia próbuje nam znowu narzucić uchodźców”. W takiej sytuacji UE sięgnie zapewne po rozmaite instrumenty nacisku finansowego. Sprzyjać będzie temu dyskusja nad nowymi ramami finansowymi, która także rozpocznie się w nadchodzącym roku. Na problem można też spojrzeć z innej perspektywy. Część państw, m.in. Polska (rządząca administracja odmawia udziału zarówno w relokacji, jak i przesiedleniach), może próbować uzasadniać opinii publicznej mniejsze kwoty płynące z Brukseli stanowczym sprzeciwem dotyczącym relokacji. „Wprawdzie dostaliśmy mniej pieniędzy, ale przynajmniej nie mamy uchodźców” – mogą w 2018 r. usłyszeć wyborcy.

 

Wieloletnie ramy finansowe 2021–2025 (2027 lub 2030)

 

28 czerwca Komisja Europejska opublikowała „Dokument otwierający debatę na temat przyszłości finansów UE”. Wśród jego najważniejszych zapisów należy zwrócić uwagę na fragment dotyczący praworządności: „W debacie publicznej pojawiły się nowe sugestie, aby powiązać wypłatę środków z budżetu UE ze stanem praworządności w państwach członkowskich”. Wprawdzie autorzy dokumentu, komisarze odpowiedzialni za budżet i zasoby ludzkie oraz politykę regionalną, nie piszą wprost o zamiarze wprowadzenia takiego rozwiązania, ale sam fakt uwzględnienia go w oficjalnym dokumencie programowym odebrano jako czytelny komunikat. Zdania dotyczące tego, czy byłoby to zgodne z prawem traktatowym, są oczywiście (i pozostaną) podzielone.

 

Poza tym zapowiedziano mniej pieniędzy w kolejnej perspektywie budżetowej, co będzie konsekwencją Brexitu. „Budżet UE i cała Unia Europejska zmienią się po 2020 r. To pewne – utrzymanie obecnego stanu rzeczy nie jest rozwiązaniem dla naszej Unii” – stwierdzili autorzy dokumentu. Członków UE w 2018 r. czeka więc decyzja, czy lukę finansową powstałą w wyniku opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię należy zapełnić podwyższając składkę członkowską, czy też raczej obcinając unijne wydatki. Są to bardzo złe, choć niezaskakujące, wieści dla Warszawy. Czasy, w których Polska była wielkim beneficjentem unijnych funduszy, należy uznać za definitywnie zakończone. W kolejnych latach różnica pomiędzy transferami finansowymi z UE do Polski a kwotami wpłacanymi do Unii będzie o wiele mniej korzystna, niż dotąd. Otwarte pozostaje jedynie pytanie o skalę zjawiska.

 

Komisja ma przedstawić wnioski dotyczące następnych wieloletnich ram finansowych w połowie 2018 r.

 

Uruchomienie PESCO i ożywienie WPBiO

 

Po roku negocjacji, 22 czerwca Rada Europejska podjęła decyzję o ustanowieniu fakultatywnej Stałej Współpracy Strukturalnej (Permanent Structured Cooperation, PESCO) w zakresie bezpieczeństwa i obrony. W dniu 13 listopada ministrowie 23 państw członkowskich (za wyjątkiem Danii, Irlandii, Malty, Portugalii i Wielkiej Brytanii) podpisali notyfikację dotycząca ustanowienia współpracy. Formalnie PESCO zostało uruchomione 14 grudnia, na spotkaniu Rady Europejskiej. Do momentu zamknięcia niniejszego tekstu na przystąpienie do PESCO zdecydowały się również Irlandia i Portugalia. Dania posiada klauzulę opt-out, która wyłącza Kopenhagę z unijnej współpracy wojskowej, Wielka Brytania opuszcza zaś Unię. Oznacza to, że nad przystąpieniem do tej formy współpracy zastanawia się jeszcze jedynie Malta.

 

Co zadecydowało o utworzeniu PESCO? Justyna Gotkowska wskazywała na splot „trzech czynników: decyzji o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii, przyjęciu Globalnej strategii na rzecz polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Unii Europejskiej oraz niechęci części państw UE do Donalda Trumpa i przekonania o potrzebie zmniejszenia zależności od USA”.

 

Jedną z przeszkód w rozwoju europejskiej współpracy obronnej było przekonanie części państw, że osłabi ona (lub zdubluje) struktury NATO. Donald Tusk stwierdził, że jest „wręcz odwrotnie: silna europejska obronność w sposób naturalny wzmacnia NATO. Dlatego PESCO to dobra wiadomość nie tylko dla nas, lecz także dla naszych sojuszników. A zła dla naszych wrogów”.

 

Oprócz PESCO w ramach WPBiO wprowadzono jeszcze trzy istotne zmiany:

 

Wybrane propozycje reform instytucjonalnych

 

W mijającym roku sformułowano kilka interesujących propozycji reform instytucjonalnych. Poza wspomnianymi w innych miejscach w niniejszym tekście, w 2017 r. zgłoszono następujące pomysły:

 

Przyszłość Europy

 

Opracowana przez Komisję Europejską, przedstawiona z okazji 60. rocznicy podpisania traktatów rzymskich w dniu 25 marca „Biała księga w sprawie przyszłości Europy. Refleksje i scenariusze dotyczące przyszłości UE-27 do 2025 r.” to drugi, obok przedstawionej w czerwcu 2016 r. przez Wysokiego Przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa globalnej strategii UE „Wspólna wizja, wspólne działanie: silniejsza Europa”, strategiczny dokument europejski opublikowany w ostatnim czasie.

 

Przedstawiono w nim pięć scenariuszy przyszłości UE do 2025 r.:

  1. „Kontynuacja”, czyli scenariusz oznaczający utrzymanie status quo. Realizowany byłby „pozytywny” program „Nowy początek dla Europy” z 2014 r.
  2. „Nic poza jednolitym rynkiem”, czyli scenariusz powrotu do korzeni. Oznaczałby on odwrót od unii politycznej i skoncentrowanie się na współpracy w sprawach gospodarczych.
  3. „Ci, którzy chcą więcej, robią więcej”, czyli scenariusz tzw. Europy wielu prędkości. UE przetrwałaby w obecnym kształcie, ale rozwinąłby się mechanizmy fakultatywnego pogłębiania współpracy w wybranych obszarach; powstawałyby „koalicje chętnych”.
  4. „Robić mniej, ale efektywniej”, czyli scenariusz pogłębienia współpracy w wybranych obszarach przy jednoczesnym ograniczeniu ich liczby. UE miałaby wycofać się z obszarów, w których jest mało efektywna, skupiając się na kluczowych kwestiach, w których działania zostałyby zintensyfikowane: innowacji, handlu, migracji, zarządzania granicami, bezpieczeństwa i obronność (zwraca uwagę m.in. postulat utworzenia europejskiej agencji ds. zwalczania terroryzmu).
  5. „Robić wspólnie znacznie więcej”, czyli scenariusz federalizacji EU.

 

Następnie, w okresie od marca do czerwca, opublikowano pięć dokumentów towarzyszących „Białej księdze”, dotyczących wymiaru społecznego Europy; pogłębienia unii gospodarczej i walutowej; globalizacji; przyszłości obronności w Europie oraz przyszłości finansów UE.

 

„Biała księga” i towarzyszące jej dokumenty zadają kłam głosom o bierności UE, wyczerpaniu się pomysłów na przyszłość integracji i braku wizji osadzonej na szerokim horyzoncie czasowym.

 

Nie oznacza to, że wnioski płynące z analizy tych dokumentów i okoliczności międzynarodowych są budujące. Analitycy Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych wskazują, że za najbardziej prawdopodobny należy obecnie uznać scenariusz 3.

 

Rok 2018, w którym zapadnie wiele kluczowych dla Unii decyzji, pokaże, czy Unii uda się odwrócić negatywny trend i przywrócić wiarę w sens pogłębiania i poszerzenia integracji. Należy bowiem podkreślić, że w 2018 r. może zostać poczyniony ważny krok w kierunku przystąpienia do UE Albanii.

 

2. Możliwy początek końca zasady neutralności Internetu

 

W dniu 14 grudnia w USA odbyło się głosowanie, który być może zwiastuje koniec Internetu, jaki znamy. Amerykańska Federalna Komisja Łączności (Federal Communications Commission, FCC), na czele której stoi Ajit Pai, obok Carlesa Puigdemonta z pewnością jeden z największych (anty)bohaterów minionego roku, podjęła wówczas decyzję dotyczącą zlikwidowania przepisów regulujących działalność dostawców Internetu (tzw. net neutrality).

 

Zniesiono wprowadzone w 2015 r., wywalczone w trwających przez ponad dekadę bojach, przepisy zmieniające ustawę „Communications Act of 1934”. Dostęp do Internetu został wówczas sklasyfikowany jako usługa telekomunikacyjna regulowana zgodnie z tytułem II „Communications Act”. Wprowadzało to szereg restrykcji, a przede wszystkim trzy zasady (tłumaczenie autora, zob. źródło, zob. też): zakaz blokowania dostępu do legalnych treści, aplikacji i usług; zakaz throttlingu, czyli zakłócania lub spowalniania dostępu do legalnych treści, aplikacji i usług; zakaz płatnej priorytetyzacji, oznaczający, że dostawcy sieci nie mogą faworyzować jednych legalnych treści, aplikacji i usług względem innych (zasada braku „szybkich pasów”).

 

Uznając sieć za przestrzeń publiczną, przepisy uniemożliwiały dostawcom usług sieciowych (Internet service provider, ISP) m.in. blokowanie stron internetowych i manipulowanie prędkością połączenia z określonymi serwisami i serwerami. W ich świetle dostawcy sieci byli zobligowani do traktowania wszystkich stron internetowych w dokładnie ten sam sposób. Transfer danych o określonej wielkości ze strony X musiał kosztować dokładnie tyle samo, ile transfer danych o takiej samej wielkości ze strony Y. Faworyzowanie którychkolwiek usług internetowych było zabronione.

 

Innymi słowy, w latach 2015–2017 amerykański dostawca Internetu nie miał prawa do wpływania na to, z jakich serwisów korzystają jego klienci. Natomiast teraz będzie mógł, np. poprzez znaczące zaniżenie transferu, zniechęcać ich do odwiedzania portalu X, zamiast tego oferując doskonałe warunki użytkowania konkurencyjnego portalu Y (z którym zawrze oczywiście odpowiednią umowę).

 

Mówiąc jeszcze inaczej: w myśl nowych regulacji (a raczej braku stosownych regulacji) dostawca Internetu X będzie mógł wprowadzić dodatkową opłatę za korzystanie z serwisu HBO.go. Zamiast tego zapewni optymalne połączenie z serwisem Netflix.

 

Zmiana jest oczywiście na rękę największym firmom telekomunikacyjnym (operatorom), które uzyskały dzięki niej szerokie możliwości działania. Nieprzypadkowo spiritus movens i twarzą kampanii był Pai – były pracownik telekomunikacyjnego giganta Verizon. W jego opinii i zgodnie z oficjalną wykładnią FCC zniesienie Obamowskiej regulacji nie jest wstępem do nowego typu internetowej cenzury, tylko „przywróceniem wolności Internetu”. Rozwiązanie popierali najwięksi amerykańscy dostawcy Internetu – AT&T, Comcast i Verizon. Przeciwne były mu natomiast firmy oferujące największe internetowe usługi, takie jak Microsoft, Google, Facebook i Amazon. W ich interesie jest jak najszerszy dostęp do oferowanych przez nie usług, bez konieczności porozumiewania się z dostawcami, czyli pośrednikami. Nie chodzi im więc o „wolność” użytkowników (co udowodniły podczas afery PRISM), tylko o ochronę własnych interesów. Protestowały też start-upy (w liczbie ponad 800), obawiające się konsekwencji podziału rynkowego tortu przez gigantów.

 

Przeciwnicy decyzji wskazują, że poprzez blocking i throttling może ona doprowadzić do cenzury Internetu. Zwolennicy wskazują zaś, że przed 2015 r., kiedy podobne regulacje nie obowiązywały, dostawcy i tak przestrzegali standardów „wolnego Internetu”. Zniesienie rozwiązań prawnych, tłumaczą, nie wpłynie więc na działanie firm. Podkreślają też, ze dostawcy Internetu będą musieli być transparentni względem swoich polityk: każdy podejmujący decyzję o podpisaniu umowy na dostawę sieci będzie informowany o właściwościach usługi, czyli np. o tym, że w pakiecie X nie działają (lub działają wolniej) produkty Yahoo!.

 

Naturalnie usługodawcy zadbają o to, aby wielostronicowe umowy były zwięzłe i przejrzyste.

 

FCC składa się z pięciu członków: trzech pochodzi z nominacji republikańskiej (w tym powołany przez Trumpa Pai), dwójka z demokratycznej. Demokraci, których administracja odpowiadała za przyjęcie w 2015 r. prawa dotyczącego neutralności sieci, zagłosowali przeciw, trójka członków reprezentujących GOP propozycję poparła. Warto przypomnieć, że w 2015 r. wynik głosowania był dokładnie odwrotny: trójka demokratów poparła regulację, dwójka republikanów była przeciw.

 

Szansa na to, że republikańska administracja zmieni zdanie w tej sprawie, są nikłe. Nawet pomimo tego, że zdecydowana większość Amerykanów popiera Obamowską legislację. Przeprowadzone przez afiliowaną przy University of Maryland sondażownię badanie wskazało, że ponad 80% Amerykanów było przeciwnych jej zniesieniu. Sądziło tak 75% zwolenników GOP i 88% demokratów. Przeciwko zmianie prawa szczególnie żywiołowo protestowali amerykańscy nastolatkowie, nieznający „świata bez Internetu”.

 

Na razie rozwiązania te dotyczą wyłącznie USA, ale dla wielu aktorów, m.in. UE, na terenie której „neutralność sieci” wciąż obowiązuje (stosowne rozporządzenie przyjęto w listopadzie 2015 r.), działania USA mogą okazać się inspirujące. Tym bardziej, że telekomunikacyjne lobby już podejmuje wysiłki w kierunku przekonania państw do zniesienia zasady neutralności sieci (vide szwedzka Telia Company AB). W Europie nie brakuje zresztą przeciwników neutralności sieci i polityków podzielających argumenty teleinformatycznych konglomeratów, że dostawcy usług bogacą się nieproporcjonalnie względem firm udostępniających infrastrukturę.

 

Na przełomie 2011 i 2012 r. ogromne kontrowersje wywołała międzynarodowa „Umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi” („Anticounterfeiting Trade Agreement”, ACTA), w której widziano początek końca wolności w sieci. Na fali protestów społecznych (często wynikających z niezrozumienia treści zapisów i ich demonizacji) z pomysłu zrezygnowano. Taki sam los spotkał amerykańskie projekty ustaw „Stop Online Piracy Act” (SOPA) i „Preventing Real Online Threats to Economic Creativity and Theft of Intellectual Property Act” (PIPA). Inny był cel i sens tych regulacji, ale w protestach nie chodziło przecież o konkretne przepisy, tylko o działający na wyobraźnię slogan: „zabierają nam wolność w sieci!”.

 

Przeciwko ACTA w Europie i w Polsce protestowały tysiące ludzi. W Krakowie w obronie wolności sieci maszerowało około 10 tys. osób. Dziś o żadnych protestach nie ma mowy, polski Internet niemal nie zauważył zmian przyjętych za Atlantykiem. Być może groźba wydaje się zbyt niewielka lub zbyt odległa. Może o amerykańskich zmianach po prostu nie słyszano. A może panuje przekonanie, że europejskie regulacje gwarantują wolny Internet. Czy aby na pewno?

 

3. Referendum w Katalonii i hiszpański kryzys polityczny

 

Katalonia jest jedną z 17 wspólnot autonomicznych Hiszpanii. Postulaty dotyczące jej odrębności mają długą historię i głębokie podłoże. Obok argumentów o naturze kulturowej istotną (być może pierwszorzędną) rolę odgrywają kwestie finansowe – zamożny region ze stolicą w Barcelonie ma być drenowany finansowo przez madrycką administrację.

 

Choć wybuch jesiennego kryzysu politycznego w Hiszpanii spotkał się ze zdziwieniem polskiej i światowej opinii publicznej, jego zapowiedzi były widoczne od dawna. Od lat boryka się z nimi rządzący Hiszpanią od grudnia 2011 r. premier Mariano Rajoy. W październiku 2012 r. rządząca Katalonią koalicyjna formacja Konwergencja i Unia (CiU) zapowiedziała, że jeśli utrzyma się u władzy po wyborach do regionalnego parlamentu, to rozpisze niepodległościowe referendum. Wprawdzie wybory zakończyły się jej zwycięstwem, ale jego skala nie pozwoliło na samodzielne rządy i pomysł referendum spalił na panewce. Architekt inicjatywy, rządzący Katalonią od 2010 r. Artur Mas (wieloletni szef CiU), według hiszpańskich mediów, otrzymał wówczas „poważny cios” („un serio varapalo”), stając się „wielkim przegranym” („el gran derrotado”) wyborów.

 

Nie był to jednak koniec jego kariery politycznej. Dwa lata później udało mu się doprowadzić do rozpisania niewiążącego niepodległościowego plebiscytu. Mas wziął na siebie pełną odpowiedzialność za głosowanie w listopadzie 2014 r., które Madryt uznawał za sprzeczne z prawem. W plebiscycie zwyciężyli zwolennicy niepodległości Katalonii, było ono jednak jedynie wstępem do właściwego referendum niepodległościowego.

 

Krótko przed przyspieszonymi wyborami regionalnymi 2015 r. CiU została rozwiązana, a Mas stanął na czele nowej koalicji Razem na Tak (RnT), która, jak trzy lata wcześniej, zapowiedziała, że w przypadku zwycięstwa doprowadzi do rozpisania referendum – tym razem wiążącego. Jej hasło wyborcze było wymowne: „Głosowanie twojego życia” („El voto de tu vida”). Historia się powtórzyła – RnT wygrało wybory, ale nie zdobyło samodzielnej większości. Kilka tygodni później kataloński parlament przyjął deklarację o uruchomieniu procesu niepodległościowego, ale problem z utworzeniem nowego rządu trwał. Po ciągnących się tygodniami negocjacjach Mas zrezygnował z kierowania RnT i odszedł z polityki. Na czele rządzącej Katalonią koalicji stanął Carles Puigdemont, jeden z największych (anty)bohaterów mijającego roku. W styczniu 2017 r. został szefem katalońskiego rządu, a wiosną ogłosił, że – bazując na analogicznych szkockich doświadczeniach i działaniach (postulat drugiego referendum niepodległościowego, którego podstawą ma być brak zgody Edynburga na Brexit) – zamierza doprowadzić do jesiennego referendum.

 

Obecnie Mas mierzy się z problemami finansowymi – decyzją hiszpańskiego sądu były szef katalońskiej administracji musi zapłacić ponad 5 mln euro grzywny za referendum z 2014 r. Zapewne nieprzypadkowo decyzję tę ogłoszono w przeddzień głosowania w katalońskim parlamencie. Zadecydowano w nim ostatecznie o rozpisaniu referendum.

 

Madryt sprzeciwiał się inicjatywie i groził jej architektom konsekwencjami, ale nie zdołał jej zablokować. W dniu 1 października, przy frekwencji wynoszącej 43%, 92% głosujących opowiedziało się za niepodległością Katalonii. Cztery tygodnie później kataloński parlament proklamował niepodległość nowej republiki. Madryt zareagował stanowczo. Premier Hiszpanii przejął obowiązki szefa katalońskiej administracji (na stanowisku El President de la Generalitat de Catalunya pozostaje vacat), kataloński parlament został rozwiązany, a na dzień 21 grudnia rozpisano nowe wybory. Zwyciężyły w nich trzy formacje opowiadające się za niepodległością, będące rekonfiguracją stronnictw składających się na rozwiązaną w międzyczasie RnT.

 

Puigdemont, którego założona w listopadzie partia Razem dla Katalonii zajęła drugie miejsce, kampanię wyborczą prowadził z Belgii, do której zbiegł wraz z kilkoma prominentnymi katalońskimi proniepodległościowymi politykami, obawiając się aresztowania. Pomimo hiszpańskich nacisków Bruksela, sama zmagająca się z dzielącym kraj sporem walońsko-flandryjskim, nie zgodziła się na wydanie Puigdemonta.

 

Czy Katalonią będzie rządził „premier na obczyźnie”? Madryt nazwał takie rozwiązanie „absurdalnym”, Puigdemont zadeklarował zaś determinację i zapowiedział noworoczne orędzie w dniu 30 grudnia. Wezwał w nim rząd madrycki do przyjęcia demokratycznej postawy i podjęcia rozmów z „legalnymi” władzami Katalonii.

 

Spór podzielił nie tylko hiszpańskie społeczeństwo, ale także samych mieszkańców Katalonii. Pod koniec grudnia hiszpańscy lojaliści zadeklarowali, że będą zmierzać do wyodrębnienia z Katalonii części wiernej władzy madryckiej.

 

Wizerunek Madrytu został mocno nadszarpnięty przez stanowcze obejście się policji ze zwolennikami niepodległości Katalonii. Human Rights Watch pisała o „przesadnym użyciu siły”. Delegat madryckiego rządu w Katalonii oficjalnie przeprosił za zaistniałą sytuację, ale jego słowa o „prowokacjach” nie zabrzmiały przekonująco. Społeczność międzynarodowa, zwłaszcza europejska, stanowczo odrzuciła katalońską niepodległość. Nie była też skora do zabierania głosu w sprawie obrony prawa do samostanowienia, obawiając się efektu domina i wpływu wydarzeń w Hiszpanii na separatyzmy belgijski (Flandria), francuski (Korsyka) i włoski (Padania).

 

Madryt będzie zapewne nadal naciskał na Brukselę, ale można zastanawiać się, czy rzeczywiście zależy mu na wydaniu Puigdemonta i towarzyszących mu polityków. Aresztowanie architekta referendum uczyniłoby z niego męczennika, Rajoy mógłby na tym wyłącznie stracić. Puigdemont jest dla niego o wiele wygodniejszym przeciwnikiem za granicą.

 

To nie był łatwy rok dla urzędującego premiera Hiszpanii. Pocieszające może być dla niego jedynie to, że kolejne wybory parlamentarne czekają go dopiero w 2020 r.

 

4. Referendum w Turcji i rozdroża jej działań zewnętrznych

 

Mijający rok przyniósł zdecydowanie wzmocnienie reżimu w Ankarze i wyraźne przesunięcie się Turcji w kierunku autorytarnym (zob. raport PISM autorstwa Karola Wasilewskiego). Zadecydowała o tym tureckie społeczeństwo w skrytykowanym przez Zachód głosowaniu, które odbyło się w dniu 16 kwietnia. Referendum dotyczyło zmian w ustroju Turcji – de iure pozwoliło na wprowadzenie systemu prezydenckiego, a de facto zwiastowało przekształcenie Turcji w quasi-dyktaturę (od listopada 2019 r.). Nieprzypadkowo zostało przeprowadzone właśnie w minionym roku. Pucz z 2016 r., słabość Unii Europejskiej, ważna rola Turcji w kryzysie migracyjnym (porozumienie z marca 2016 r.) i zwycięstwo wyborcze Donalda Trumpa sprzyjały tego rodzaju decyzji.

 

Od 1952 r. Turcja pozostaje kluczowym członkiem NATO. Sojusz nie może pozwolić sobie na pogorszenie relacji Ankarą, nie dopuszczą do tego również USA. Trump wielokrotnie wysyłał pozytywne sygnały w kierunku Recepa Tayyipa Erdoğana, m.in. ogłaszając zakończenie dozbrajania syryjskich Kurdów. Zarazem Turcja jednoznacznie negatywnie odebrała amerykańską decyzję dotyczącą uznania Jerozolimy za stolicę Izraela.

 

Trzeba też przypomnieć, że od 2005 r. Turcja prowadzi negocjacje dotyczące przystąpienia do Unii Europejskiej. W świetle ostatnich wydarzeń proces prawdopodobnie ulegnie zahamowaniu, lub zostanie oficjalnie wygaszony. Takie stanowisko wprost wyraził m.in. Berlin.

 

Z perspektywy polityki w regionie Bliskiego Wschodu miniony rok nie może być uznany przez Turcję za udany. Analizujący tę kwestię Krzysztof Strachota z Ośrodka Studiów Wschodnich pisał wręcz o „fiasku”. Iraccy sunnici, których konsekwentnie popierała Ankara, zostali zmarginalizowani, a Bagdad blisko związał się z Teheranem. Podobnie stało się ze sprawą Kurdów irackich. Trzeba przypomnieć, że chociaż od czterech dekad trwa konflikt kurdyjsko-turecki, to dotyczy on Kurdów mieszkających na terenie Turcji, a konkretnie Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), ugrupowania separatystycznego sięgającego po metody terrorystyczne. Inaczej Ankara zapatruje się na Kurdów w Iraku. Po pierwsze, widzi w nich alternatywę dla rosnących wpływów Teheranu w regionie. Po drugie, wspierając ich kieruje się logiką rozgrywania podziałów wśród Kurdów, licząc, że zjedna sobie w ten sposób poparcie „umiarkowanej” części tej mniejszości zamieszkującej Turcję. Po wydarzeniach 2017 r., odcięciu się środowiska międzynarodowego od kwestii niepodległości irackiego Kurdystanu oraz w obliczu zdecydowanego stanowiska Iraku i Iranu, iraccy Kurowie wydają się być w odwrocie. Ankara przegrała również w sprawie Kurdów syryjskich, stanowiących główne ogniowo Syryjskich Sił Demokratycznych. Konsekwentnie są oni uznawani przez Turcję za zbrojne ramię PKK, w związku z czym, zdaniem Ankary, nie powinni być uznawani za stronę w konflikcie syryjskim. Rosja zaprosiła ich jednak na organizowany przez siebie w styczniu 2018 r. w Soczi kongres poświęcony sprawie syryjskiej.

 

Jednocześnie Ankara i Moskwa dobiły targu w sprawie zakupu przez Turków rosyjskiego systemu rakietowego S-400 Triumf, co wywołało łatwe do zrozumienia niezadowolenie niektórych członków NATO, w tym Waszyngtonu. Podobny deal udało się Rosjanom sfinalizować z Arabią Saudyjską.

 

5. Spotkanie NATO w Brukseli i podtrzymanie kierunku działań Sojuszu

 

Spotkanie głów państw i szefów rządów NATO, które odbyło się 25 maja 2017 r., podtrzymało kierunek Sojuszu obrany trzy lata wcześniej na szczycie w Newport. Mowa oczywiście o polityce wobec Rosji. Sekretarz Generalny Jens Stoltenberg nazywa ją „podejściem dwutorowym”: wzmacnianie właściwości obronnych Sojuszu ma być równoległe do intensywnego dialogu. Elementem polityki odstraszania ma być konsekwentne wzmacnianie wschodniej flanki Sojuszu.

 

Kluczowym uczestnikiem spotkania był Donald Trump, który w swoimi przemówieniu przypomniał sojusznikom, że zgodnie z art. 3 traktatu waszyngtońskiego członkowie NATO są zobligowani do utrzymywania potencjału obronnego na odpowiednim poziomie. Powróciła kwestia 2% PKB jako minimalnej, zdaniem amerykańskiej administracji, wysokości nakładów na zbrojenia. Trump zasłynął również tym, czego nie powiedział – szeroko komentowano brak potwierdzenia zobowiązań sojuszniczych wynikających z art. 5 traktatu. Casus foederis zostało przez niego podkreślone dopiero podczas lipcowej wizyty w Warszawie.

 

Przebieg spotkania upewnił komentatorów, że relacje pomiędzy administracją Trumpa a rządami europejskimi pozostają, jak pisał Artur Kacprzyk, „napięte.

 

W 2017 r., z inicjatywy niebędącej członkiem Sojuszu Finlandii, utworzono Centrum Doskonalenia ds. Zwalczania Zagrożeń Hybrydowych z siedzibą w Helsinkach. W gronie państw-założycieli instytucji znalazły się także m.in. USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Polska. Członkostwo w instytucji jest otwarte dla wszystkich członków UE i NATO. Finowie pisali wprost, że inspiracją do utworzenia Centrum były działania rosyjskie.

 

W 2018 r. będzie miało otwarcie bazy w Redzikowie będącej częścią US European Phased Adaptive Approach i NATO Ballistic Missile Defence.

 

Należy spodziewać się, że „odstraszający” kurs NATO zostanie w kolejnych miesiącach utrzymany. O wiele mniej można powiedzieć o deklarowanym przez Stoltenberga dialogu.

 

W lipcu 2018 r. w Brukseli odbędzie się 28. szczyt NATO.

 

6. Uruchomienie art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię

 

W 2017 r. ostatnie nadzieje zwolenników utrzymania UE w dotychczasowym kształcie legły w gruzach. Tak jak zapowiadano, w dniu 29 marca Wielka Brytania oficjalnie rozpoczęła proces wychodzenia z Unii Europejskiej. Zgodnie z prawem europejskim ma on trwać równo dwa lata.

 

Brexitu nie zatrzymał niespodziewany wynik równie niespodziewanych przyspieszonych wyborów parlamentarnych, ogłoszonych przez premier Theresę May. Zamierzała ona wykorzystać wzrost notowań konserwatystów i słabość laburzystowskiej opozycji, aby wzmocnić swój mandat negocjacyjny, zarazem pacyfikując wewnątrzpartyjną opozycję zmierzającą do „twardego” Brexitu. Powtórzyła tym samym niejako manewr Davida Camerona, który liczył, że dzięki wynikowi referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE wzmocni swoją pozycję, osłabiając Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa i wytrącając argumenty z rąk niechętnych Unii członków Partii Konserwatywnej. Tak jak Cameron rok wcześniej, May na wyborach przegrała – straciła przez nie kilkanaście mandatów i pozwoliła urosnąć Partii Pracy.

 

W takich okolicznościach rząd Zjednoczonego Królestwa w czerwcu przystąpili do negocjacji z UE. W minionym roku doszło do zakończenia pierwszego etapu rozmów, poświęconego trzem sprawom: kwestii praw obywateli Unii w Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków na terenie UE, „rozliczenia finansowego” i sprawy granicy pomiędzy Irlandią Północną a Irlandią. Strony zgodziły się m.in. na to, że proces wychodzenia Wielkiej Brytanii nie obejmie wieloletnich ram finansowych 2014–2020. Oznacza to, że pomimo opuszczenia UE przez Wielką Brytanię w 2019 r., w tym i kolejnym roku będzie ona zobligowana do wpłacenia do unijnej kasy stosownych kwot. Według prognoz w latach 2017–2020 będzie to w sumie około 90 mld euro brutto, czyli około 44 mld euro netto. Brytyjczycy będą też uznawać prawa nabyte migrantów – prawa obywateli Unii mieszkających w Wielkiej Brytanii pozostaną dokładnie takie same, jak przed Brexitem.

 

Na grudniowym szczycie Unii Europejskiej podjęto decyzję o otwarciu drugiego etapu rozmów, który rozpocznie się z początkiem 2018 r.

 

Z jednej strony, opuszczenie UE przez Wielką Brytanię zmniejsza jej polityczne znaczenie i stwarza poważny problem finansowy. W latach 2006–2015 do europejskiej kasy wpłynęło z Londynu ponad 80 mld euro netto (obliczenia własne autora – zob. źródło), czyli równowartość rocznych dochodów budżetu Polski. W kolejnych latach Unia będzie musiała poradzić sobie bez tych pieniędzy. Z drugiej, opuszczenie Unii przez kraj traktowany w wielu sprawach jako „hamulcowy” stanie się zapewne asumptem do powrotu do koncepcji federacyjnych. Po latach „kroku wstecz” w zakresie integracji, marazmu i utyskiwań na wypalenie się ideowych podstaw UE, euroentuzjaści mogą podjąć próbę „ucieczki do przodu”. Choć federaliści stanowią niewielki procent Europejczyków, to, jak zauważyli autorzy grudniowego raportu Chatham House, wśród elit widoczna jest ich nadreprezentacja.

 

Jednym z przykładów takiego stanowiska było orędzie o stanie Unii, wygłoszone we wrześniu przez przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude'a Junckera. Padły w nim słowa o tym, że „wiatr znów wieje w żagle Europy” i że „okoliczności nam sprzyjają, lecz nie będą one trwać wiecznie”. „Teraz przyszedł czas, by zbudować bardziej zjednoczoną, silniejszą i bardziej demokratyczną Unię do 2025 r.” – mówił Juncker. Inny przykład można było zaobserwować w grudniu, kiedy Martin Schulz, szef Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, przypomniał, że jego partia już w 1925 r., w słynnym programie heidelberskim, zawarła postulat utworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy” („Vereinigte Staaten von Europa”). Teraz należało do niego powrócić i zrealizować go przed setną rocznicą przyjęcia programu. „Chcę europejskiego traktatu konstytucyjnego, który stworzy Europę federalną, która nie stanowi zagrożenia dla państw członkowskich, ale jest ich użytecznym dopełnieniem” – mówił Schulz (tłumaczenie autora, oryginał dostępny tutaj). Jego wypowiedź wzbudziła konsternacje obserwatorów życia publicznego, z rezerwą odnosiła się doń nawet zwolenniczka pogłębiania integracji Angela Merkel.

 

Opuszczenie UE przez Wielką Brytanię stwarza poważny problem dla polskich władz. Rząd Beaty Szydło upatrywał w Wielkiej Brytanii ważnego sojusznika na forum europejskim. Jak podejdzie do sprawy rząd Mateusza Morawieckiego – czas pokaże. Zwraca jednak uwagę fakt, że w „Strategii Polskiej Polityki Zagranicznej 2017–2021” konsekwencjom Brexitu poświęcono zaledwie kilka zdań, nie zwracając uwagi na fakt, że od czerwca 2016 r. o współpracy z Wielką Brytanią należy myśleć w innych kategoriach. Rację miał minister Witold Waszczykowski, który, przedstawiając w lutym priorytety polskiej dyplomacji na 2017 r., mówił: „Wiem, że czasami rozlegają się głosy sceptyczne, czy warto inwestować w stosunki z krajem, który opuszcza Unię. To złe pytanie. Warto współpracować z państwem nuklearnym, stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz nadal aktywnym partnerem w europejskiej polityce bezpieczeństwa. (…) Odpowiedź jest więc jednoznaczna – taka współpraca leży w strategicznym interesie Rzeczpospolitej”. Pytanie nie brzmi jednak, czy warto współpracować z Londynem, tylko gdzie, poza Budapesztem, Warszawa zamierza szukać strategicznych partnerów wewnątrz UE? W swoim exposé Morawicki w ogóle nie wspomniał o Wielkiej Brytanii, być może odpowiedź na to pytanie przyniosą założenia polityki zewnętrznej Polski na 2018 r., które szef MSZ przedstawi Sejmowi w najbliższych tygodniach. Czy wciąż stanowisko to będzie zajmował Waszczykowski?

 

Brytyjska scena polityczna zaczyna dostosowywać się do nieuchronności Brexitu. Laburzyści ostro krytykują wewnętrznie zróżnicowaną Partię Konserwatywną, ostrzegając, że „negocjuje ona sama ze sobą, a nie z UE”. Wielkiej Brytanii grozić ma więc „no deal Brexit”, czyli wariant nazywany w polskiej literaturze „twardym Brexitem”. Szef Partii Pracy Jeremy Corbyn mówił w październiku: „Let’s be clear: no deal is the worst possible deal”. Laburzyści pozycjonują się więc jako siła umiarkowana, godząca się z wolą większości Brytyjczyków, ale hołdująca „miękkiemu” rozstaniu. Laburzystowski odpowiednik sekretarza stanu ds. wyjścia z Unii Europejskiej opowiedział się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w jednolitym rynku i unii celnej po opuszczeniu Unii – w okresie przejściowym, który miałby trwać „tak krótko, jak to możliwe i tak długo, jak będzie to potrzebne”. Stawia to w kłopotliwej sytuacji May, która musi borykać się z silną wewnątrzpartyjną frakcją domagającą się „twardego” wyjścia.

 

Czy w związku z tym można spodziewać się zmiany na fotelu premiera? Martin Kettle pisał pod koniec sierpnia, że May jest słaba, ale jej przeciwnicy jeszcze słabsi. Choć w brytyjskiej prasie ciągle pojawiają się głosy o jej możliwej rezygnacji (niekoniecznie w związku z Brexitem), zapewne w pierwszej kolejności zadecyduje o tym postęp – czy też raczej jego brak – w negocjacjach z UE.

 

Należy również spodziewać się, że pomimo tego, że sprawa jest zapewne przesądzona, głosy dotyczące powstrzymania wyjścia z UE nadal będą pojawiały się w brytyjskim dyskursie publicznym. Na scenie partyjnej zdominowanej przez Brexit w dwóch wersjach, „twardej” i „miękkiej”, pojawia się bowiem miejscem dla stanowiska kategorycznie przeciwnego. Próbują skorzystać na tym Liberalni Demokraci.

 

7. Wynik wyborów prezydenckich we Francji i parlamentarnych w Niemczech

 

Wybory prezydenckie we Francji – 23 kwietnia i 7 maja

 

Wynik wyborów prezydenckich we Francji media odebrały jako duże zaskoczenie. Nie tylko Marine Le Pen przegrała wybory, ale zwyciężył w nich „kandydat znikąd” Emmanuel Macron. Wokół całej sprawy panuje ogromny zamęt.

 

Po pierwsze, to nie przegrana szefowej Frontu Narodowego była zaskoczeniem dla każdego, kto uważnie śledzi wydarzenia na francuskiej scenie politycznej. Zaskoczeniem byłoby jej zwycięstwo. Na żadnym etapie kampanii wyborczej sondaże nie dawały Le Pen szans na wyborczy triumf, niezależnie od tego, z kim ją zestawiano. A polityków przymierzanych do startu było wielu. Warto przypomnieć, że pod koniec 2015 r. w sondażach prowadził Alain Juppé, premier sprzed dwóch dekad. Poparcie Le Pen od 2013 r. zamykało się w przedziale 20–30%. Le Pen odnotowała niewielki wzrost poparcia po ataku terrorystycznym na redakcję „Charlie Hebdo” (7 stycznia 2015 r.), ale szybko wróciło ono do poprzedniej wartości. Po zamachach w Paryżu (13 listopada 2015 r.) IFOP zapytał Francuzów, czyje propozycje walki z terroryzmem ich najbardziej przekonują (w skali od 1 do 4). Rozpatrywanymi kandydatami byli wówczas François Hollande (urzędujący prezydent), Manuel Valls (urzędujący premier), Alain Juppé (były premier), Nicolas Sarkozy (były prezydent) i Marine Le Pen. Le Pen zajęła w tym zestawienie ostatnie miejsce. Jako jedyna miała więcej przeciwników swoich pomysłów niż zwolenników. Sondaż wskazał też, że aż 58% respondentów uznawało, że zamach nie ma żadnego wpływu na to, kogo popierają.

 

Sondaże z wiosny 2015 r. wskazywały, że w ewentualnej drugiej turze Le Pen przegrałaby z kretesem ze wszystkimi, poza Hollandem (w tym przypadku odniosłaby zwycięstwo po wyrównanej walce). Takie przypuszczenia potwierdził wynik wyborów regionalnych, które odbyły się 6 i 13 grudnia 2015 r. Media pisały wówczas o „klęsce narodowców”, nie rozumiejąc, że wynik był ich wielkim sukcesem – do tej pory rekordowym rezultatem wyborczym FL było 15% uzyskane siedemnaście lat wcześniej. Miejsce zajął jednak to samo, które zajmuje od dwudziestu lat – trzecie.

 

Jeśli chodzi o wybory prezydenckie, to dotąd tylko raz, w 2002 r., kandydat FN, Jean-Marie Le Pen, znalazł się w drugiej turze. Jacques Chirac, z którym się wówczas zmierzył, zdobył ponad cztery piąte głosów.

 

Pomiędzy lutym a kwietniem 2017 r. Le Pen konsekwentnie notowała poparcie około 25%. Według IFOP jej rekordem było 27% uzyskane na początku marca. Poparcie Macrona było na podobnym poziomie, ale ważniejsze były wskaźniki dotyczące drugiej tury i pojedynku Macron-Le Pen. Wyraźnie wskazywały one, że na żadnym etapie wiosną szefowa Frontu Narodowego nie miała szansy na zwycięstwo. Nigdy nawet nie zbliżyła się do granicy 50%, a Macron przekraczał ją konsekwentnie, ani razu nie wypadając poza nią, przybliżając się nawet do poparcia wynoszącego dwie trzecie.

 

Nic nie wskazywało na zwycięstwo Marine Le Pen, walczono więc z nią niejako „na wszelki wypadek”, chcąc utrzymać mobilizację wyborców głównego nurtu.

 

Zgodnie z sondażami, w I turze Macron wygrał z Le Pen przewagą kilku procent głosów. W II turze zadziałał mechanizm znany ze wszystkich francuskich wyborów – wyborcy republikańscy i socjalistyczni wspólnie poparli przeciwnika Frontu Narodowego. Macron zdobył dwie trzecie głosów a miesiąc później skapitalizował swoje wysokie – normalne po zwycięskim wyborczym wyścigu – notowania, odnosząc zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Założona przez niego partia, La République en marche! (LREM), odniosła zwycięstwo w wyborach, a jej lider Édouard Philippe utworzył swój drugi gabinet (na stanowisko premiera Macron powołał go już po wygranej w wyborach prezydenckich).

 

Zdobycie przez Le Pen ponad 7,6 mln głosów, czyli półtora raza więcej niż wynosił uzyskany piętnaście lat wcześniej przez jej ojca rekord kandydata FN, było wielkim sukcesem narodowców, a nie ich zaskakującą porażką.

 

Po drugie, twierdzenie, że Emmanuel Macron jest „kandydatem znikąd”, jest prawdziwe jedynie w połowie. Jego brak zaplecza politycznego był faktem, nie można jednak tego samego stwierdzić w odniesieniu do zaplecza w postaci grup interesów (w przeszłości był m.in. pracownikiem Rothschild & Cie Banque). Dlatego jedną z ważniejszych decyzji wspieranego przez europejską lewicę prezydenta było „uelastycznienie” francuskiego kodeksu pracy. Jak przystało na polityka „nowoczesnej” lewicy, zignorował wówczas protesty związków zawodowych. Inną propozycją Macrona było stworzenie budżetu dla pierwszej damy. Wycofał się z niego po protestach społecznych, m.in. petycji podpisanej przez 300 tys. Francuzów.

 

Po trzecie, o wiele ważniejsze jest pytanie o to, co po wyborach. Im większe nadzieje pokładane w kandydacie, tym większa trudność w wyjściu im naprzeciw. A te pokładane w Macronie są niebotyczne. W prasie porównywano go m.in. do Jezusa, Napoleona i Jowisza. To Macron, człowiek bez politycznego doświadczenia, największy od lat symbol triumfu marketingu politycznego, który zasłynął z wydania w trzy miesiące równowartości ponad 100 tys. zł na makijaż, ma być odpowiedzią na problemy Europy i alternatywą dla „osłabionej” październikowymi wyborami parlamentarnymi Angeli Merkel.

 

Jednak już we wrześniu liczba Francuzów niezgadzających się z działaniami nowowybranego prezydenta przewyższyła liczbę zwolenników przeciwnego stanowiska. Sondaże IFOP wskazują, że stan ten utrzymywał się do grudnia – według ostatniego badania działania Macrona popiera 50% Francuzów, sprzeciwia się im 48%.

 

Zwycięstwo młodego bankiera inwestycyjnego zachodnie media odebrały z ulgą: po Brexicie i zwycięstwie Trumpa powróciła przewidywalność mainstreamowej polityki. Można jednak zastanawiać się, czy wybierając Macrona, kandydata establishmentu, myślącego schematami typowymi dla lat 90., Francuzi nie zafundowali sobie dużego problemu w przyszłości. Przypomina to sytuację z polskich wyborów prezydenckich 1990 r. Owszem, Stanisław Tymiński przegrał w II turze, ale jego elektorat nie zniknął. Zachowywano się jednak tak, jakby nigdy nie istniał, a jego potrzeby, obawy i aspiracje odrzucono jako postulaty „populistyczne”. W konsekwencji trzy lata później do władzy wrócili postkomuniści.

 

Za kilka lat dojdzie więc we Francji do starcia dwóch populizmów: liberalnego („nowoczesnego”, czyli anachronicznego i elitarystycznego) z antyliberalnym (ponowoczesnym i egalitarnym). W 2022 r. Le Pen może zebrać obfite żniwa wynikające z klęski pochopnych nadziei pokładanych w Macronie.

 

Po czwarte, należy zwrócić uwagę na unijne plany Macrona. Przedstawił je w słynnym sorbońskim przemówieniu, zatytułowanym „Inicjatywa dla Europy” („Initiative pour l'Europe”), wygłoszonym 26 września. Oto najważniejsze zawarte w nim postulaty (kolejność alfabetyczna, tłumaczenia autora):

  • Ochrona europejskiego rynku węgla poprzez wprowadzenie podatku na ten surowiec spoza UE.
  • Opodatkowanie pozaeuropejskich cyfrowych gigantów – Macron za niemożliwy do zaakceptowania uznał fakt, że konkurują one z płacącymi podatki firmami europejskimi. Nie jest tajemnicą, że miał na myśli przede wszystkim firmy nazywane zbiorczo GAFA (Google, Apple, Facebook i Amazon).
  • Pogłębienie integracji w obszarze obronności UE – ustanowienie „wspólnych sił interwencyjnych”, wspólny budżet obronny i doktryna obronna UE.
  • Poszerzenie programu Erasmus – do 2024 r. przed 25. urodzinami każdy uczeń/student powinien spędzić poza granicami swojego państwa przynajmniej pół roku.
  • Powołanie europejskich sił dochodzeniowych i kontrolnych w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego.
  • Prowadzenie walki z dumpingiem socjalnym w Europie i poparcie dla dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych.
  • Przyjęcie wspólnej europejskiej ceny minimalnej za tonę węgla.
  • Harmonizacja podatku dochodowego od osób prawnych państw UE.
  • Ustalenie europejskiej płacy minimalnej uwzględniającej „realia gospodarcze” państw członkowskich oraz stopniową konwergencję w tym zakresie.
  • Utworzenie „dużego programu szkoleniowego i integracyjnego dla uchodźców”.
  • Utworzenie „europejskiej akademii wywiadu”.
  • Utworzenie „europejskiej policji granicznej”.
  • Utworzenie „prawdziwego europejskiego biura azylowego”.
  • Utworzenie budżetu dla strefy euro.
  • Utworzenie dwudziestu europejskich uniwersytetów, które będą mogły wydawać „europejskie dyplomy”.
  • Utworzenie nowej wspólnej polityki rolnej.
  • Utworzenie prokuratury europejskiej.
  • Utworzenie urzędu ministra finansów strefy euro.
  • Wprowadzenie list ponadnarodowych w wyborach do PE.
  • Wprowadzenie podatku od transakcji finansowych, który ma finansować politykę rozwojową UE.
  • Wzmocnienie współpracy z Niemcami – „nowe partnerstwo”.
  • Zmniejszenie liczby komisarzy europejskich do 15 – zdaniem Macrona obecny kształt KE sprzyja traktowaniu poszczególnych komisarzy jako reprezentantów państw członkowskich, co jest niezgodne z „duchem projektu europejskiego”. „Wielkie kraje założycielskie” UE powinny zrezygnować ze swoich komisarzy, przynajmniej początkowo.

 

Jest to więc mieszanka propozycji pogłębienia integracji, protekcjonizmu (Macron, niegdyś zdeklarowany liberał, coraz śmielej zmierza w tym kierunku) i instytucjonalizacji tzw. Europy wielu prędkości. O tym drugim Macron mówił wprost, przekonując, że „Europa ma już kilka prędkości” („’Europe est déjà à plusieurs vitesses alors”), w związku z czym nie obawia się tego kierunku. Chce więc wspierać tych, którzy „idą szybciej” („ceux qui vont plus vite”).

 

Zapowiedzi dotyczące „Europy wielu prędkości” powinny poważnie niepokoić mieszkańców i rządzących Europy Środkowo-Wschodniej (w tym Polski) i skłonić ich do redefinicji polityki względem Niemiec. Kluczowe pytanie na kolejne lata dotyczy bowiem tego, czy Paryżowi uda się przekonać Berlin do tych postulatów. Na razie jest to mało realne – Merkel będzie starała się utrzymać UE w dotychczasowym kształcie, a Francja jest zbyt słaba gospodarczo, aby Niemcy uznały zasadność wspólnego budżetu strefy euro. Jak zauważył Konrad Popławski, będą jednak skłonne, podobnie jak inne państwa europejskie, popierać część lansowanych przez Macrona postulatów, które należy uznać za „uderzające w interesy Europy Środkowej”. Potwierdziły to wydarzenia z października, kiedy przyjęto niekorzystne dla Polski zmiany dotyczące pracowników delegowanych oraz z grudnia, kiedy widoczne stało się zbliżenie Francji i Niemiec w sprawie reformy strefy euro.

 

Wybory parlamentarne w Niemczech – 24 września 2017 r.

 

Wrześniowe wybory w Niemczech zakończyły się przewidywanym gorzkim zwycięstwem chadeków. Poparcie dwóch najważniejszych formacji, CDU/CSU (33%) i SPD (20%), wyraźnie spadło w porównaniu z poprzednimi wyborami (o 8 i 5%), na czym zyskała radykalna Alternatywa dla Niemiec (Alternative for Germany, AfD), zdobywając 12% głosów i zajmując trzecie miejsce. Po czterech latach nieobecności do Bundestagu powróciła liberalna Wolna Partia Demokratyczna (10%). Die Linke i zieloni otrzymały właściwe sobie poparcie rzędu 9%.

 

Do dnia dzisiejszego trwają rozmowy dotyczące utworzenia czwartego rządu Angeli Merkel. Początkowo sądzono, że nie ma szans na kolejną Große Koalition, rozważana była koalicja jamajska, czyli porozumienie CDU/CSU, FDP i zielonych. Po upadku tego wariantu socjaldemokraci wrócili do rozmów. Otwarty pozostaje także wariant gabinetu mniejszościowego CDU/CSU.

 

Niezależnie od tego Merkel pozostanie zapewne na stanowisku kanclerza, z czym wiąże się jedna zasadnicza konsekwencja: utrzymanie przywództwa Niemiec w Europie. Zwycięstwo Merkel, choć odniesione z trudem, to ważna wiadomość dla Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski. Nie tylko oznacza większą wstrzemięźliwość Berlina w kontaktach z Moskwą, ale stwarza nadzieję na hamowanie postulatów lansowanych przez Macrona. W związku z ewidentnie konfrontacyjnym kursem Paryża, Warszawa musi szukać wsparcia w Berlinie. Nie byłoby to możliwe, gdyby nowym kanclerzem Niemiec został Martin Schulz. Zarazem Merkel musi liczyć się ze wzrostem eurosceptycznych nastojów w Niemczech. Wariant jamajski, czyli wejście FDP do rządu, oznaczałoby z kolei storpedowanie Macronowskiego pomysłu budżetu strefy euro – liberałowie zdeklarowali, że się na to nie zgodzą. Te właśnie okoliczności miał na myśli Jan Rokita, mówiąc, że Macron „jest największym przegranym niemieckich wyborów”.

 

Wejście SPD do koalicji z CDU/CSU stwarza Macronowi nowe możliwości działania, dlatego właśnie tak intensywnie naciska w tej sprawie na Schulza. Jeśli szef socjaldemokratów ulegnie, co wydaje się być bardzo prawdopodobne, pozycja prezydenta Francji ulegnie wzmocnieniu. Zwiększy się również szansa na realizację jego postulatów reformy UE.

 

8. Zaprzysiężenie Donalda Trumpa i jego „nowa” polityka

 

Dnia 20 stycznia 2017 r. Donald Trump, miliarder i celebryta, został zaprzysiężony na 45. prezydenta USA. Doszedł do władzy na hasłach zdecydowanej krytyki polityki zagranicznej swojego demokratycznego poprzednika, Baracka Obamy. W mediach zasłynął ze zdecydowanych wypowiedzi, „dyplomacji twitterowej”, kontrowersji dotyczących jego stosunku do kobiet i mniejszości, skonfliktowania z establishmentem GOP oraz niejasnych powiązań z Rosją (od maja w tej sprawie trwa prowadzone przez specjalnego prokuratora śledztwo). Wszystkie te sprawy z pewnością zaważą na jego całościowej historycznej ocenie. Po blisko roku sprawowania urzędu przez Trumpa warto jednak odsunąć te sprawy na bok i spojrzeć bez emocji na politykę zagraniczną prowadzoną przez jego administrację, porównując ją z działaniami zewnętrznymi poprzednika.

 

Co zaskakujące, na najważniejszych odcinkach polityki zagranicznej USA widać więcej elementów ciągłości niż zmiany. Jest ona widoczna przede wszystkim na trzech strategicznych odcinkach:

  • W polityce wobec NATO i Rosji – polityka w tym obszarze to, poza zmianą retoryki, kontynuacja polityki Obamy. Wskazują na to wzmocnienie tzw. wschodniej flanki, potwierdzenie zobowiązań sojuszniczych wynikających z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, rozwijanie współpracy pomiędzy NATO a UE i twarda polityka wobec Rosji. Dynamikę ostatniej z wymienionych spraw nadaje z pewnością ciągłe posądzanie Trumpa o niejasne związki z Moskwą – administracji odczuwa presję stanowczego przecięcia tego rodzaju spekulacji.
  • W polityce wobec Chin i regionu Azji i Pacyfiku – po początkowych kontrowersjach związanych z pomysłem nałożenia wysokich ceł na import chińskich produktów i stosunkiem Trumpa do „polityki jednych Chin”, prezydent szybko wrócił do „tradycyjnego” stanowiska Obamy i poprzednich prezydentów. Zamierza kontynuować rozwój współpracy militarnej i gospodarczej z państwami regionu, docenia również znaczenie i potencjał Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (Association of South-East Asian Nations, ASEAN). Tak jak jego poprzednik, zamierza rywalizować z Chinami o wpływy w regionie Azji i Pacyfiku, choć jego strategia nie jest jeszcze jasna.
  • W polityce wobec Bliskiego Wschodu – należą do niej:
    • Utrzymanie walki z Państwem Islamskim i globalnym terroryzmem.
    • Utrzymanie nuklearnego porozumienia z Iranem – poprzez wycofanie jego certyfikacji Trump próbował przerzucić odpowiedzialność za sankcje na Kongres, ten zdecydował jednak w grudniu, że nie podejmie w tej sprawie decyzji. Będzie ona należała do prezydent, który będzie musiał podjąć ją w połowie stycznia.
    • Podpisanie, choć nie bez obiekcji, „Countering America's Adversaries Through Sanctions Act”, czyli ustawy nakładającej sankcje na Iran, Koreę Północną i Rosję.

 

Widoczne są oczywiście także zmiany priorytetów i stanowiska odmienne nowej administracji, m.in. w następujących kwestiach:

  • Polityki wobec regionu Europy Środkowo-Wschodniej – Trump w większym stopniu koncentruje się na niej, co widać chociażby po rozwoju współpracy w zakresie dostaw amerykańskiego gazu skraplanego.
  • Polityki wobec Korei Północnej – zdecydowane odejście od polityki Obamy i kategoryczny sprzeciw wobec polityki reżimu w Pjongjang uderzającej w bezpieczeństwo najważniejszych sojuszników USA w regionie. Administracji Trumpa udało się doprowadzić do nałożenia przez ONZ drastycznych sankcji na koreański reżim, znajdując w tym poparcie także Chin i Rosji. Jednogłośnie przyjęto w tej sprawie trzy rezolucje (2371, 2375 i 2397) będące odpowiedzią na kolejne testy: jeden nuklearny i dwa rakiet balistycznych.
  • Polityki wobec UE – Trump wstrzymał działania dotyczące „Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji” („Transatlantic Trade and Investment Partnership”, TTIP).
  • Polityki wobec Azji i Pacyfiku – zdaniem wielu komentatorów wycofanie się Trumpa z wielostronnej umowy handlowej „Partnerstwo Transpacyficzne” („Trans-Pacific Partnership”, TPP), będącej flagowym projektem administracji Obamy, stawia pod znakiem zapytania los „pacyficznego zwrotu” („pivot”) USA. Działania Trumpa wskazują jednak raczej na korektę podejścia, a nie jego demontaż.
  • Polityki wobec Izraela – decyzja o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela (faktycznie podjęta za czasów administracji Clintona, ale do tej pory niewdrożona) stanowi zerwanie nie tylko z polityką Obamy, ale także z ponad dwudziestoletnią praktyką amerykańskich działań zewnętrznych. Spotkała się z wyraźnym sprzeciwem UE, która konsekwentnie opowiada się za statusem Jerozolimy jako stolicy dwóch państw. Amerykanie zablokowali rezolucję ONZ, która wzywała ich do zmiany decyzji. Jej przyjęcie poparły m.in. Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Chiny i Rosja. Polska wstrzymała się od głosu. Opisując krótkofalowe konsekwencje tej decyzji Michał Wojnarowicz zauważył, że może ona „budzić nieufność co do dalszych planów obecnej administracji. Decyzja legitymizuje też antyamerykańską postawę Iranu i wzmacnia atrakcyjność ugrupowań dżihadystycznych”. Jan Rokita zwracał natomiast uwagę na fakt, że decyzja Trumpa sprawi, iż „rola Waszyngtonu w jakimkolwiek przyszłym układzie pokojowym staje się całkowicie nieodzowna”.

 

Skąd ta ograniczoność zmian? W ocenia Andrzeja Dąbrowskiego wpływają na to trzy czynniki. Po pierwsze, jak już wspomniano, Trumpowi krępują ręce ciągłe oskarżenia o współpracę z Moskwą lub wręcz bycia wykonawcą polecań Kremla. Po drugie, konflikt z Kongresem w znacznym stopniu ograniczył jego pole manewru. Po trzecie, w jego najbliższym otoczeniu dominują zwolennicy działań umiarkowanych i ciągłości w polityce zagranicznej.

 

Meghan L. O’Sullivan oskarżyła Trumpa o ignorowanie softpowerowego wymiaru amerykańskiej polityki – prezydent ma być skoncentrowany wyłącznie na sprawach gospodarczych i militarnych. Jej zdaniem świadczą o tym następujące wydarzenia: wycofanie się USA z tzw. porozumienia paryskiego, kształt budżetu zaproponowany przez jego administrację (potwierdza to kształt budżetu obronnego i ogromna skala nakładów na wojskowość) i przemówienie na brukselskim szczycie NATO. Idąc tropem rozumowania O’Sullivan można dodać jeszcze czwarty przykład: Trumpowską strategię bezpieczeństwa USA.

 

Opublikowana w grudniu „Strategia Bezpieczeństwa Narodowego” USA („National Security Strategy”, NSS) przedstawia priorytety republikańskiego prezydenta i zapowiada jego dalsze działania (w 2018 r. uzupełni ją strategia obronna). Porównując ją z analogicznym dokumentem z 2015 r., zwraca uwagę fakt, że zniknął z niej ważny wątek zmian klimatu – NSS Trumpa nie wspomina o problemie choćby słowem. Jednym z haseł wiodących dokumentu jest „pokój przez siłę” („peace through strength”), a gospodarkę zdefiniowano jako „filar bezpieczeństwa narodowego” („we understand economic prosperity as a pillar of national security”). Iran i Korea Północna zostały wprost uznane za państwa zagrażające pokojowi na świecie. Trump oficjalnie deklarował, że oba państwa uznaje za „zbójeckie” („rogue regimes”).

 

Nadchodzący rok będzie przede wszystkim okresem porządkowania polityki zagranicznej Trumpa, obfitującej dotąd w działania ad hoc i wewnętrzne sprzeczności. Działania te będą bardzo uważnie obserwowane przez administrację warszawską, upatrującą w Waszyngtonie absolutnie kluczowego partnera strategicznego w obszarze bezpieczeństwa.

 

9. Zdobycie Rakki i referendum w Kurdystanie – zwiastuny kolejnej odsłony konfliktu w regionie

 

Lata 2014–2017 zostaną zapamiętane jako eksperymentalny etap rozwoju terroryzmu. Oto wyodrębniona z Al-Ka'idy organizacja terrorystyczna aspirowała do bycia państwem, bijąc własną monetę, tworząc zalążki ochrony zdrowia i prowadząc politykę zewnętrzną. Kilkadziesiąt tysięcy członków Państwa Islamskiego w szczytowym momencie panowało nad jedną trzecią Iraku i prawie połową Syrii. Chociaż upadek parapaństwowych struktur Daesz był przesądzony przynajmniej od drugiej połowy 2016 r., to właśnie 17 października 2017 r., kiedy Syryjskie Siły Demokratyczne (z dominującą rolę syryjskich Kurdów) zdobyły Ar-Rakkę, „stolicę” ISIS, zostanie zapamiętany jako data symboliczna. Nowa „stolica”, irackie Al-Kaim, dwa tygodnie później została zdobyta przez irackie siły rządowe. Jeszcze w lipcu armia iracka i kurdyjscy peszmergowie odbili Mosul.

 

Po pierwsze, upadek parapaństwowych struktur ISIS stał się asumptem do medialnych doniesień, że najsłynniejsza organizacja terrorystyczna przestała istnieć. Nie są to głosy uprawnione – Państwo Islamskie po prostu zejdzie do podziemia i skupi się na klasycznej działalności terrorystycznej. Nadzieje na mniejszą liczbę ataków terrorystycznych (wbrew medialnym przekazom działalność ISIS w Europie ma szczątkowy wymiar – organizacja koncentruje się na działaniach na Bliskim Wschodzie) mogą okazać się płonne. Równie prawdopodobny jest dokładnie odwrotny stan rzeczy.

 

Po drugie, nie oznacza to również większej stabilności Bliskiego Wschodu. To nie organizacja Abu Bakra al-Baghdadiego stworzyła panujący w regionie chaos, była ona jedynie jego konsekwencją. W nadchodzących miesiącach miejsce najgłośniejszego przejawu bliskowschodnich problemów zajmie spór o Kurdystan, w który wpisze się polityka mocarstw regionalnych i globalnych, przede wszystkim Turcji, Iranu, Arabii Saudyjskiej, Rosji i USA. Nieprzypadkowo Council on Foreign Relations tytułuje swoje opracowanie poświęcone sprawie kurdyjskiej „The Time of the Kurds”.

 

Można spodziewać się nowych frontów i wojen zastępczych w trwającej czwartą dekadę rywalizacji szyickiego Iranu i sunnickiej Arabii Saudyjskiej. Choć religia odgrywa w nim istotną rolę, to nie ona jest głównym powodem sporu. To spór ściśle polityczny, którego stawką jest dominacja w regionie.

 

Na razie najgłośniejszą areną zmagań obu aktorów jest Jemen, w którym od dwóch lat toczy się wojna domowa. Arabia Saudyjska wspiera w nim sunnickiego prezydenta, a Iran szyickich Hutich. ONZ alarmuje, że wywołany przez nią kryzys humanitarny zniszczył kraj, sprawiając, że ponad 20 mln ludzi potrzebuje pomocy. W marcu Stephen O'Brien, ówczesny podsekretarz generalny ONZ do spraw humanitarnych i koordynator pomocy w sytuacjach kryzysowych, mówił, że skala kryzysu humanitarnego w Kenii, Jemenie, Sudanie Południowym i Somalii jest największa od 1945 r.

 

Rywalizacja przesunęła się również na zachód, do Libanu. W listopadzie Rijad podjął nieudaną próbę zmuszenia premiera Sada al-Haririego do odejścia. Można spodziewać się, że sytuacja tego najbardziej zróżnicowanego religijnie na Bliskim Wschodzie (dominują chrześcijanie, liczba szyitów i sunnitów jest porównywalna, prezydent jest chrześcijaninem, premier – sunnitą) kraju, zdestabilizowany przez trwającą od 2011 r. wojnę domową w sąsiedniej Syrii i targanego powracającym zagrożeniem wybuchu konfliktu pomiędzy stworzonym przez libańskich szyitów pod patronatem Teheranu Hezbollahem a Izraelem, w 2018 r. ulegnie dalszemu pogorszeniu.

 

W czerwcu Arabia Saudyjska podjęła równie nieudaną próbę wpłynięcia na sytuację w sunnickim Katarze, usiłując wymusić na reżimie w Dausze zdystansowanie się od Turcji i Iranu. Stało się dokładnie odwrotnie.

 

Objęcie de facto władzy w Arabii Saudyjskiej przez młodego księcia Muhammada ibn Salmana, poprzedzone bezprecedensowymi w historii kraju aresztowaniami w rodzinie królewskiej, także nie napawa optymizmem. Książę, nazywany przez zachodnie media „umiarkowanym”, dobrze zrozumiał ich logikę rozumowania. W 2017 r. saudyjski reżim wykonał kilka marketingowych gestów, które zaskarbiły mu sympatię światowych mediów. Na początku grudnia w Arabii Saudyjskiej miał miejsce pierwszy publiczny koncert kobiety. Wcześniej, we wrześniu, reżim w Rijadzie pozwolił kobietom prowadzić samochody. To ostatnie wydarzenie Serge Schmemann uznał za jeden z promyków nadziei, za szansę, że w 2018 r. „obierzemy stabilniejszy kurs”. Wypada zadumać się nad optymizmem zachodniej prasy i/lub intelektualną miałkością jej refleksji, zważywszy na opisane przez Patrycję Sasnal niepokojące zmiany w polityce zagranicznej Arabii Saudyjskiej.

 

Majowe wybory prezydenckie w Iranie zakończyły się utrzymaniem władzy przez Hasana Rouhaniego. Tym samym kurs wychodzenia Teheranu z politycznej i gospodarczej izolacji zostanie utrzymany. W obliczu uznania przez Trumpa Iranu za „państwo zbójeckie”, losy wspomnianego wiedeńskiego porumienienia nuklearnego z 2015 r. pozostają niepewne. W połowie stycznia 2018 r. okaże się, czy amerykańska administracja utrzyma „politykę dwutorowości” wobec Teheranu, uznając działania Iranu w Jemenie, Libanie czy Iraku za sprawę odrębną. Trzeba przy tym zauważyć, że utrzymanie nuklearnego dealu w mocy jest zbieżne z interesami najważniejszych sojuszników USA w regionie: Izraela i Arabii Saudyjskiej (zob. tekst Marcina Andrzeja Piotrowskiego).

 

Wrześniowe referendum niepodległościowe w irackim Kurdystanie zgodnie potępili wszyscy (z wyjątkiem Izraela) aktorzy w regionie i na świecie. Zwycięstwo zwolenników odłączenia się Kurdystanu od Iraku jest poważnym problemem dla obu obozów. Z jednej strony, sojusznicy irackich Kurdów (Turcja, USA i Arabia Saudyjska) pozytywnie odbierają udział kurdyjskich bojowników w walce z ISIS, Amerykanie doceniają też fakt, że iraccy Kurdowie, w przeważającej większości sunnici, w działalności politycznej posługują się metodami zbliżonymi do demokracji (zob. s. 48–49), przestrzegając standardów świeckości państwa (zob. s. 295–296). Z drugiej, obawiają się, że spór irackich Kurdów z Bagdadem zaogni sytuację w regionie. Przeciwnicy sprawy kurdyjskiej (Iran i zdominowany przez niego Irak, a także Rosja) obawiają się, że państwo kurdyjskie w Iraku (a może również w Syrii, gdyż tamtejsi Kurdowie wyrażają podobne aspiracje) byłoby ważną regionalną konkurencją, potencjalnym sojusznikiem Zachodu i istotnym członkiem sunnickiej koalicji budowanej (na razie mało skutecznie) przez Arabię Saudyjską.

 

Utrata przez Kurdów bogatego w ropę irackiego Kirkuku zdecydowanie komplikuje ich sytuację polityczną. Jednakże nawet stwierdzenie, że ich niepodległościowe aspiracje zostały w ostatnich tygodniach 2017 r. przekreślone, nie oznacza, że sprawa kurdyjska została rozwiązana. W najbliższym czasie w kwestii kurdyjskiej należy spodziewać się wzmożonej aktywności rosyjskiej, której pierwsze przejawy, w Syrii i Iraku, są już widoczne.

 

Co do Rosji, to w 2017 r. po raz drugi „wycofała się” z Syrii (pierwsze „wycofanie” miało miejsce w marcu 2016 r.). Jak twierdzi Kreml, prowadzona od 2015 r. szeroko zakrojona i ambitna operacja Moskwy (wyczerpująco pisał o niej Marek Czajkowski, zob. tutaj, tutaj, tutaj i tutaj) zakończyła się sukcesem. ISIS zostało pokonane, a więc gospodarzenie w Syrii można pozostawić wspieranemu przez Moskwę prezydentowi Baszszarowi al-Asadowi. To oczywiście jedynie połowa prawdy. Po pierwsze, należy raczej mówić o ograniczeniu udziału Rosji, a nie o jego wygaszeniu. Po drugie, zwraca uwagę zbieżność decyzji o „wycofaniu” z początkiem kampanii przed wyborami prezydenckimi, które odbędą się w Rosji w 2018 r. Choć zwycięstwo Władimira Putina jest przesądzone, to ważna jest również jego skala – raczej nie usatysfakcjonuje go wynik poniżej dwóch trzecich głosów. Tymczasem, według danych rosyjskiej sondażowni Levada Center, wprawdzie większość Rosjan nie obawia się, że interwencja w Syrii przerodzi się w „nowy Afganistan”, to w sierpniu 49% uważało, że rosyjska operacja militarna powinna się zakończyć. Badanie przeprowadzone przez tę samą instytucję w dniach 15–20 grudnia wskazało, że Rosjanie uznali wojnę w Syrii i wycofanie z niej rosyjskich wojsk (traktowane łącznie) za zdecydowanie najważniejsze, na równi z wydarzeniami z życia osobistego, wydarzenie mijającego roku.

 

Pomimo „pokonania ISIS” Bliski Wschód pozostanie zdestabilizowany i nieprzewidywalny, a Amerykanie i Rosjanie będą nadal aktywnymi aktorami w tym regionie. Ich rywalizacja nałoży się na trwający spór irańsko-saudyjski, z udziałem osłabionej ostatnimi porażkami Turcją, która podejmie próbę odzyskania inicjatywy. Rand Corporation sugeruje zresztą, że konflikt pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem może nie skończyć się na wojnach zastępczych czy hybrydowych.

 

Kibiców piłkarskich może zainteresować fakt, że jeśli Iran i Arabia Saudyjska wyjdą ze swoich grup na przyszłorocznym rosyjskim mundialu, to mogą spotkać się w 1/8 finału. Jeśli chodzi o ich historię piłkarskich zmagań, to – tak jak konflikt w regionie – liczy ona już cztery dekady. Na razie 5:4 prowadzi Teheran, który lepiej od Rijadu wypadł w kwalifikacjach do imprezy. U progu 2018 r. wydaje się mieć również silniejszą pozycję w regionalnej rywalizacji politycznej.

 

10. Zjazd Komunistycznej Partii Chin i zapowiedź aktywnej polityki Xi Jinpinga

 

Dobiegający końca chiński rok Ognistego Koguta zapisze się w historii przede wszystkim z uwagi na XIX zjazd Komunistycznej Partii Chin, który odbył się w dniach 18–24 października. Pokaz jedności, solidarności, profesjonalizmu i poparcia Xi Jinpinga, to tylko jedna strona tego wielkiego spektaklu.

 

To także symbol nowego otwarcia w Chinach i zdobycia niekwestionowanego jednoosobowego przywództwa przez Xi Jinpinga, z pewnością jednej z najważniejszych postaci 2017 r. Zjazd jednogłośnie podjął decyzję o dopisaniu jego myśli dotyczącej „socjalizmu o chińskich cechach charakterystycznych w nowej erze” do konstytucji, obok myśli Mao Zedonga (ciągle zdecydowanie ważniejszej) i Denga Xiaopinga. Amerykański dziennik „The Washington Post” pisał, że Xi Jinping jest „najpotężniejszym chińskim przywódcą od lat”, a brytyjski „The Economist” nazwał go na okładce „najpotężniejszym człowiekiem na świecie”. Sformułował też ostrzeżenie: „Nie spodziewaj się, że Xi zmieni Chiny lub świat na lepsze”.

 

Zjazd potwierdził to, co zapowiadały wcześniejsze działania Pekinu. Chiny odchodzą od skupienia się na swoich sprawach i, jak ujął to Bogdan Góralczyk, „ruszają w świat”. Do 2049 r., kiedy obchodzona będzie setna rocznica Chińskiej Republiki Ludowej, Państwo Środka ma być globalnym mocarstwem, które osiągnęło „chińskie marzenie” Xi Jinpinga – powszechny dobrobyt i pomyślność Chińczyków.

 

Pozostaje więc fundamentalne pytanie: czy wzrost potęgi Chin może dokonywać się metodami pokojowymi? Neorealiści i zwolennicy hard power, także chińskiego pochodzenia, przekonują, że nie, natomiast badacze akcentujący wagę kodu kulturowego zwracają uwagę na chińską specyfikę i rolę filozofii tianxia.

 

Skalę globalnego zaangażowania Chin w okresie rządów Xi Jinping (lata 2012–2017) obrazują dane American Enterprise Institute. Wzrost inwestycji zagranicznych o 150% w tym okresie to tylko początek. W 2018 r. Chiny Xi Jinpinga przystąpią do globalnej ofensywy.

 

Miniony rok to również wzrost zainteresowania Chinami w Polsce. Przyczyniło się do tego wspieranie przez polski rząd rozwijanej od kilku lat chińskiej koncepcji nowego Jedwabnego Szlaku (inicjatywa Pas i Szlak), którego ważnym elementem ma być hub przeładunkowy pod Łodzią. Do tego należy dodać pomysł portu lotniczego Solidarność, który do 2027 r. ma powstać między Łodzią a Warszawą. Rząd przyjął w tej sprawie uchwałę w dniu 7 listopada. Autorzy koncepcji, która stanowi załącznik do uchwały, wskazywali: „Na szczególną analizę zasługuje koncepcja »Pasa i szlaku«, której wyrazem jest rozbudowa połączeń między Unią Europejską a Chińską Republiką Ludową”. Zasadnymi są więc rozważania, czy Chińczycy byliby skłonni wspomóc finansowo pomysł polskiego rządu.

 

Podsumowanie

 

Na „twarde” dane i zestawienia statystyczne dotyczące globalnych aspektów bezpieczeństwa w 2017 r. trzeba będzie poczekać jeszcze wiele miesięcy. Dostępne informacje skłaniają jednak do niepokoju.

 

Wiemy, że w lipcu doszło do oderwania się ogromnej góry lodowej od lodowca szelfowego Larsena (Larsen C) na Antarktyce. Jej powierzchnia jest prawie 18 razy większa od powierzchni Krakowa. Kilka miesięcy wcześniej Światowa Organizacja Meteorologiczna poinformowała, że zweryfikowała nowy rekord arktycznej temperatury – w 2015 r. odnotowano tam 17,5 °C. Nie wiemy, jak kształtowała się struktura temperatur w roku bieżącym i czy analiza tegorocznych wydarzeń potwierdzi obawy dotyczące nasilania się anomalii pogodowych związanych ze zmianami klimatu. Prognozy wskazują, że mijający rok wprawdzie okaże się „chłodniejszy” od rekordowego 2016 r., ale i tak znajdzie się w gronie trzech najcieplejszych w historii notowań.

 

Wiemy, że Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne instytucje międzynarodowe zgodnie przewidują, że globalny PKB wzrósł w kończącym się roku o ponad 2%, nie wiemy jednak, co ze wskaźnikiem nierówności społecznych.

 

Dopiero jesienią 2018 r. będzie wiadomo, jaką skalę miało zjawisko handlu bronią i międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, jakie kwoty najważniejsze państwa przeznaczyły na obronność i jak wiele umów dotyczących spraw bezpieczeństwa zawiązały.

 

Nie wiemy, co z oczekiwaną długością życia, choć częściowe dane z USA niepokoją: mijający rok może okazać się trzecim z kolei, w którym zanotowany zostanie spadek tej wartości.

 

Pomimo braku wielu danych nie mam wątpliwości, że ostatnie dwanaście miesięcy nie było dobre dla stosunków międzynarodowych i bezpieczeństwa międzynarodowego. Nie był to z pewnością „najgorszy rok w historii”, jak nazywano poprzednich dwanaście miesięcy, ale historia nie zapamięta go z dobrej strony.

 

Wiele kwestii pozostaje przy tym otwartych.

 

Czy Europa dojrzała do powrotu do optymizmu i myślenia o pogłębianiu integracji? Czy znajdzie pomysł na rozwiązanie kryzysu migracyjnego? Czy w chaosie Bliskiego Wschodu zacznie być widoczny proces emergencji? Jak ułożą się relacje w trójkącie USA – Chiny – Rosja? Czy temat państw BRICS powróci w nadchodzącym roku na pierwsze strony dzienników?

 

Czas pokaże, czy nadchodzący rok przyniesie nowe otwarcie w opisanych powyżej sprawach, czy też raczej kulminację problemów.

 

* Na zdjęciu – oderwanie się góry lodowej A-68 od lodowca szelfowego Larsena C. Zdjęcie satelitarne pochodzi z NASA Earth Observatory, wykonano je we wrześniu 2017 r. Zob. link.