Rosja i turecka operacja w enklawie Afrin

Marek Czajkowski

Analiza ZBN

nr 2 (21) / 2018

31 stycznia 2018 r.

 

© 2018 Uniwersytet Jagielloński & Marek Czajkowski

 

20 stycznia 2018 roku prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan ogłosił rozpoczęcie operacji wojskowej pod kryptonimem "Gałązka Oliwna", której celem jest  enklawa wokół miasta Afrin w północno-zachodniej Syrii. Znajduje się ona pod kontrolą Syryjskich Sił Demokratycznych (Syrian Democratic Forces - SDF), szerokiej koalicji, w której główną rolę gra Partia Jedności Demokratycznej (Partiya Yekîtiya Demokrat - PYD), którą Ankara oskarża o to, że jest ekspozyturą Partii Pracujących Kurdystanu (Partiya Karkerên Kurdistanê - PKK), separatystycznej partii Kurdów tureckich. Ofensywa ta była przygotowywana od miesięcy, zarówno w sensie operacyjnym, jak też w wymiarze politycznym. Wedle zapowiedzi, które jednak należy traktować ze znacznym sceptycyzmem, ma ona być wstępem do całkowitego wyeliminowania zagrożenia, jakie w optyce tureckiej stanowią Kurdowie i ich de facto niezależne jednostki terytorialne w Syrii graniczące z Turcją na przestrzeni kilkuset kilometrów.

Nie ulega raczej wątpliwości, że akcja ta została uzgodniona z Rosją, trudno bowiem sobie wyobrazić, aby Ankara ryzykowała antagonizowanie Moskwy poprzez samowolne działania w strefie panowania rosyjskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Tym bardziej, że enklawa afrińska pozostawała dotychczas w dobrych relacjach z Rosjanami, w pewnym sensie pod ich protektoratem, zyskując nawet miano "Rosyjskiego Kurdystanu". Pojawia się zatem interesujące pytanie, jaką rolę w bliższych i dalszych rosyjskich planach pełnią tureckie działania, jak wpisują się w ogólną politykę Kremla w Syrii i na Bliskim Wschodzie.

Głównym punktem odniesienia dla naszej analizy jest przekonanie, które podtrzymujemy od dawna, że Rosja w dającej się przewidzieć przyszłości nie zamierza dążyć do odzyskania przez siły rządowe kontroli nad całą Syrią. Byłoby to z punktu widzenia Moskwy niepraktyczne, niepotrzebne, a nawet szkodliwe, a jednocześnie potencjalnie bardzo kosztowne. Moskwa dąży natomiast do zamrożenia konfliktu, czyli do zaprzestania działań zbrojnych bez wypracowania długofalowego, realnego rozwiązania politycznego. Nie jest to jednak łatwe zadanie, ponieważ z jednej strony Rosja musi pogodzić szereg interesów swych partnerów, czyli rządu w Damaszku, Turcji i Iranu, a jednocześnie w jakiejś mierze uwzględnić oczekiwania Izraela i krajów arabskich, w szczególności Arabii Saudyjskiej. Żadne z wymienionych państw nie da się łatwo wymanewrować, ponieważ ich interesy w Syrii mają charakter strategiczny, a w wielu przypadkach egzystencjalny - są w istocie relatywnie znacznie poważniejsze, niż interesy odległej Rosji. Pozostaje też kwestia USA, które mimo braku spójnej strategii w Syrii nie zamierzają się stamtąd wycofywać.

Z punktu widzenia Turcji rozwój wydarzeń w Syrii ma znaczenie przede wszystkim w świetle jej elementarnych interesów bezpieczeństwa, tak jak są one postrzegane w Ankarze. Wystarczy wspomnieć, że Kurdowie stanowią około 19 procent ludności Turcji i zamieszkują w zwartych populacjach około 1/5 terytorium kraju - jest to ponadto grupa etniczna o silnym poczuciu tożsamości narodowej. W ich imieniu PKK prowadzi od trzydziestu lat działania partyzanckie, nie stroniąc od aktów terroru, które w założeniu mają prowadzić przynajmniej do szerokiej autonomii tureckiego Kurdystanu. Turcja tymczasem jest przekonana, że Kurdowie w istocie rzeczy dążą do utworzenia niepodległego państwa. W związku z tym istnienie na granicy tureckiej niezależnych jednostek terytorialnych rządzonych przez Kurdów zarówno w Iraku jak i w Syrii postrzegane jest w Turcji jako śmiertelne zagrożenie. W szczególności umacnianie się niezależności kurdyjskiej w Syrii rodzi obawy, że w razie jej utrwalenia Kurdowie tureccy uzyskają kolejną dogodną bazę dla działań przeciwko państwu. Zaangażowanie Ankary w Syrii jest zatem przede wszystkim podyktowane względami bezpieczeństwa, czyli chęcią utrzymania wpływu na istotne procesy tam zachodzące, a związane właśnie z ludnością kurdyjską i jej aspiracjami.

Rozważając działania Ankary z punktu widzenia Rosji, zauważamy w pierwszej kolejności, że są one powiązane z rozpoczętą dwa tygodnie wcześniej operacją syryjskiej armii i jej irańskich sojuszników wraz ze wsparciem rosyjskim w prowincji Idlib. Fakt ten postawił Turcję w skrajnie niekorzystnej sytuacji, ponieważ jest to obszar kontrolowany w dużej mierze przez siły rebelianckie sponsorowane przez Ankarę. Co więcej, w ramach porozumień deeskalacyjnych zawartych w 2017 roku to właśnie Turcja odpowiadała za ich implementację na tym terenie. Wznowienie działań przez stronę rządową i Rosjan było zatem dla Turków poważnym ciosem w ich prestiż oraz de facto zakwestionowaniem roli Ankary w Syrii. Tymczasem z punktu widzenia Moskwy zajęcie przez wojska rządowe całej enklawy idlibskiej zabezpieczyłoby w sposób ostateczny rosyjski przyczółek w nieodległych bazach w nadmorskich prowincjach Tartus i Latakia - jak pokazały noworoczne ataki na rosyjskie instalacje, dalekie są one od pełnego bezpieczeństwa. Operacja w prowincji Idlib jest zatem dalszym ciągiem systematycznego umacniania rosyjskich pozycji w Syrii. Przyzwolenie na turecką akcję w Afrinie jest więc najpewniej swego rodzaju kompensatą za poniesioną przez Ankarę prestiżową porażkę, dającą Turkom możliwość zachowania twarzy i przynajmniej pozorów znaczenia w Syrii.

Patrząc dalej z rosyjskiego punktu widzenia, gdyby enklawa wokół Afrinu znalazła się w rękach tureckich, podział północno-wschodniej Syrii zostałby utrzymany poprzez niedopuszczenie do zajęcia jej całości przez wojska rządowe. Turecka obecność w tym obszarze, tak ważna dla Ankary a jednocześnie warunkowana współpracą z Rosją, utrzymywałaby uzależnienie Turcji od Moskwy, co dalej ułatwiałoby wymuszanie przez Rosjan ustępstw w różnych dziedzinach. Byłby to także przykład zdolności do swego rodzaju "oswajania" partnerów przez Rosjan poprzez  "wydzielanie" im ważnych dla nich korzyści w Syrii.

Poza wymiarem strategicznym, Rosja uzyskała także w ostatnich dniach od Turcji ważne koncesje polityczne i ekonomiczne. Ankara wycofała swoje obiekcje co do sponsorowanej przez Moskwę konferencji pokojowej w Astanie, pojawiła się też zgoda na drugą nitkę gazociągu „Turkish Stream”, potwierdzono także zakup przez Turcję rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Można założyć, że wymienione tureckie ustępstwa przynajmniej po części są powiązane z rosyjską zgodą na operację w Afrinie.

Z rosyjskiego punktu widzenia niewątpliwie pozytywnym jest także dalszy wzrost napięcia na linii Ankara-Waszyngton wynikający z faktu, że Kurdowie są od dawna wypróbowanym sojusznikiem USA. Waszyngton został zatem postawiony w bardzo trudnej sytuacji wyboru pomiędzy dwoma partnerami, czego jak do tej pory unikał. Jeśli turecka akcja się przedłuży, a w szczególności jeśli przyczyni się do poniesienia przez Kurdów znacznych strat lub obejmie ich główny obszar panowania, tzw. Rożawę, Waszyngton znajdzie się w krytycznej sytuacji i będzie musiał wybierać spomiędzy dwóch bardzo złych rozwiązań. Wybór strony tureckiej, bardziej prawdopodobny, mógłby w konsekwencji popchnąć Kurdów w stronę Iranu, a to byłaby ostateczna katastrofa dla polityki amerykańskiej w Syrii. Z drugiej strony, wzięcie strony Kurdów mogłoby postawić Turcję w opozycji wobec USA i wstrząsnąć podstawami NATO z nieobliczalnymi wprost konsekwencjami. Wszystko to jest oczywiście jak najbardziej na rękę Moskwie, dla której każde osłabienie pozycji USA jest cenną zdobyczą.

Na razie trudno ocenić, w jakim stopniu potencjalne korzyści, o których mowa  zmaterializują się. Wiele zależy od zdolności Turcji do realizacji celów wojskowych w Afrinie, co jest wysoce niepewne, choć nie podejmujemy się na obecnym etapie formułować przewidywań w tym zakresie. Na razie Turcja pochwalić się może jedynie niewielkimi nabytkami terytorialnymi, które niczego jeszcze nie przesądzają. Kurdowie dysponują znaczną liczbą wysoko zmotywowanych bojowników, okopanych w górzystym i lesistym terenie, ich całkowite pokonanie nie będzie łatwe, potrwa wiele tygodni bądź miesięcy i niemal na pewno spowoduje katastrofę humanitarną. Dziś jednak nie wiemy nawet tego, czy Ankara rzeczywiście gotowa jest na ostateczną rozprawę z Kurdami, co przecież oznaczałoby dla nich wielką wojnę nie tylko w Syrii, ale zapewne także w samej Turcji. Być może Turcy zamierzają zadowolić się sukcesami wystarczającymi do przedstawienia ich przez propagandę jako zwycięstwa, ratującego przynajmniej po części twarz rządu tureckiego, szczególnie wobec własnych obywateli.

Z drugiej strony, trudno także przewidzieć rozwój sytuacji w prowincji Idlib. Czy Rosjanie zadowolą się niewielkimi nabytkami terytorialnymi, deeskalując następnie napięcie, aby nie ponosić kosztów materialnych, politycznych i dalej nie upokarzać Ankary? Czy też zdecydują się na ostateczne rozwiązanie problemu tego regionu, co będzie dla Turcji niezwykle niewygodne, o czym już wspomniano. W sytuacji długotrwałego oblężenia i klęski humanitarnej w Idlibie część odpowiedzialności politycznej spadnie na Turcję, a to może mieć nieobliczalne konsekwencje wewnętrzne i dla pozycji Ankary na Bliskim Wschodzie.

Z negatywnych dla Rosjan następstw zgody na turecki atak na Afrin najwyraźniejsze jest zantagonizowanie Kurdów, z którymi dotychczas Moskwa miała dobre stosunki, a którzy już oskarżyli Rosję o zdradę. Co więcej, Kreml zgodził się na tureckie żądanie, aby Kurdowie nie zostali zaproszeni na konferencję w Astanie. Ta sytuacja wprawdzie w pewnej mierze ogranicza polityczny manewr Rosji, ma jednak marginalne znaczenie. Rosja i tak nie dąży do unifikacji Syrii, istnienie w niej niezależnego parapaństwa kurdyjskiego jest zatem jej na rękę, ale rozwijanie przyjacielskich z nim stosunków nie jest niezbędne. Poważniejszym natomiast problemem jest to, że w ramach „transakcji wiązanej” z Turcją naruszono strefę deeskalacji wokół Idlibu. To uwypukla jeszcze bardziej brak wiarygodności rosyjskich obietnic i będzie miało swoje reperkusje w stosunku do Rosji różnych frakcji w ramach procesu negocjacyjnego, niewątpliwie go utrudniając.

Turecka operacja w Afrin i jej możliwe następstwa, pokazują także, iż zasadniczy cel Rosji, jakim jest doprowadzenie do zamrożenia konfliktu w Syrii i spokojne konsumowanie jego owoców bez ponoszenia istotnych kosztów materialnych czy politycznych, jest daleki od osiągnięcia. Mimo hucznego ogłoszenia w listopadzie 2017 r. zakończenia przez Rosję operacji bojowych, wojna toczy się nadal na kilku frontach, a partnerzy, Turcja i Iran, dążą do realizacji swoich żywotnych interesów niekoniecznie spójnych z rosyjskimi. Jeśli nawet działania zbrojne wygasną, to nie będzie oznaczało automatycznie wzrostu znaczenia Rosji, ale być może nawet jego spadek. Z punktu widzenia rządu w Damaszku, sytuacja nie będzie bowiem już wymagała użycia nowoczesnych środków bojowych i rozpoznawczych, a to zmniejszy atrakcyjność Rosji jako partnera. Jednocześnie działania stabilizacyjne, o mniejszej intensywności, uwypuklą rolę armii syryjskiej i irańskich sojuszników. Damaszek będzie musiał także liczyć się z potężnym sąsiadem, Turcją, której interesy w odniesieniu do Kurdów są zbieżne, mimo że Ankara podtrzymuje swe negatywne stanowisko, że prezydent Syrii, Bashar al-Assad musi odejść. To jednak może się zmienić, jeśli w grę będzie wchodziła współpraca przeciwko Kurdom. Może się zatem okazać, że idealny dla Rosjan stan zamrożonego konfliktu i ogólny chaos, w którym będą mogli utrzymać rolę arbitra, „dzielić i rządzić”, będzie trwał krótko albo wcale i zastąpi go kolejna faza wojny domowej, w której Rosja nie będzie już grać tak znacznej roli, zastępowana przez Iran, który - jak się zdaje - jest dziś największym beneficjentem konfliktu w Syrii.

 

Photo credit: Al-Jazeera, http://www.aljazeera.com/news/2018/01/turkey-battles-syrian-kurds-fronts-afrin-180123075112364.html